Wyspa Uznam. Miejsce, gdzie dwie tożsamości uczą się siebie nawzajem

Ze wszystkich miejsc na świecie, które odwiedziliśmy, szczególną miłością darzymy Świnoujście na wyspie Uznam. Do tego stopnia, że spędzamy tam coraz więcej czasu, niezależnie od pory roku.

Kiedy patrzymy na mapę Europy, wyspa Uznam (a może raczej Usedom?) wygląda jak mały przecinek dopisany na marginesie historii. Z pozoru niepozorna, przyklejona do wybrzeża gdzieś między Świnoujściem a Peenemünde, a jednak to właśnie tutaj Europa od ponad tysiąca lat ćwiczy swój najtrudniejszy temat: jak żyć obok siebie, pamiętając różne rzeczy i nazywając te same miejsca inaczej.

Przyjeżdżamy tu od lat. Zimą, kiedy wiatr ścina policzki do czerwoności, i latem, kiedy piasek parzy stopy jak dobry, tradycyjny grzejnik żeliwny. Z każdym kolejnym pobytem mamy coraz silniejsze wrażenie, że ta wyspa jest jednym wielkim palimpsestem: pod współczesnymi szyldami kryją się niemieckie napisy, pod nowymi tynkami stare pocztówki z czasów cesarzy, pod wakacyjnym zgiełkiem wojenne echo syren.

Świnoujście, dzisiejsze miasto portowe z blokami, promami, restauracjami czynnymi „do ostatniego klienta” i Dzielnicą Uzdrowiskową, jest tylko najnowszą warstwą tej opowieści. Głębiej leży Swinemünde, elegancki kurort, który pewnego marcowego dnia 1945 roku dosłownie zniknął z mapy. A jeszcze głębiej średniowieczna osada rybacka, twierdza, port, w którym cumowały statki z całej Europy. Kiedy spacerujemy między kamienicami, mamy czasem wrażenie, że słyszymy wszystkie te miasta naraz.

Swinemünde. Miasto, które miało być wieczne

Na mapie Niemiec z przełomu XIX i XX wieku Swinemünde jest oczywistością. Port na północnym krańcu Prus, mała gwiazdka na wybrzeżu Bałtyku, miasto, które zdawało się wrosnąć w niemiecką historię tak głęboko, że nikt nie wyobrażał sobie, iż mogłoby być kiedyś czymś innym niż niemieckim portem i kurortem. Przez kilka stuleci mówiło się tu po niemiecku, modlono się po niemiecku, wspominało wakacje po niemiecku.

Cesarz Wilhelm II przyjeżdżał do „cesarskich uzdrowisk” – Ahlbecku, Heringsdorfu i Bansinu, które do dziś noszą dumne miano Kaiserbäder. Promenady pełne były białych sukien, słomkowych kapeluszy i starannie ułożonych wąsów. W willach o zdobionych fasadach, z werandami wychodzącymi na morze, rozgrywało się letnie życie Berlina: tu zawierano małżeństwa, tu knuto polityczne sojusze, tu decydowano, kto kogo zaprosi na wieczorny koncert w kurhausie.

Świnoujście, wówczas Swinemünde, było częścią tego świata – zamożnym portem i eleganckim kurortem jednocześnie. Ulice takie jak Moltkestraße (dziś Paderewskiego) stały się wizytówką mieszczańskiego dobrobytu: kamienice o secesyjnych detalach, równe pierzeje, zadbane ogródki. Wszystko poukładane jak na pocztówce. Miasto wydawało się trwale osadzone w niemieckiej opowieści: jedna nazwa, jeden język, jedna pamięć.

Kiedy dziś idziemy tymi samymi ulicami, mamy czasem wrażenie, że słyszymy jeszcze szelest dawnych gazet „Berliner Tageblatt”, rozmowy o cenach węgla i berlińskiej modzie. Tylko numery telefonów w reklamach dawno się wykruszyły, a nazwy ulic zmieniły się jak aktorzy po przerwie w długim spektaklu.

Stare pocztówki z Moltkestraße

Lubimy siadać przy stole w wynajętym mieszkaniu, rozkładać przed sobą stare pocztówki i porównywać je z tym, co widzimy za oknem. Tam sepiowe barwy i staranne pismo kuracjusza, który melduje rodzinie, że „powietrze morskie doskonale służy zdrowiu”. Tu ta sama linia kamienic, te same wykusze, te same gzymsy, tylko nazwa ulicy inna: Paderewskiego.

To uroczo przewrotne uczucie, kiedy okazuje się, że to, co wydawało się niezmienne, zmieniło się w najmniej spodziewany sposób: nie architektura, lecz język. Kamienice stoją, jak stały. Balkony wciąż wychodzą na tę samą stronę świata. Słońce tak samo rysuje na nich cienie balustrad. Tylko nazwiska na domofonach są dziś polskie, a rozmowy na chodniku toczą się już nie o cesarzu, lecz o tym, czy prom odpłynie o pełnej, czy o wpół.

Kiedy zamykamy oczy i próbujemy wyobrazić sobie Świnoujście sprzed stu dwudziestu lat, widzimy eleganckich panów w melonach i panie z parasolkami od słońca. Kiedy je otwieramy, mijają nas turyści w klapkach i puchowych kurtkach z dyskontu. I jedno, i drugie jest prawdą tej samej ulicy.

12 marca 1945. Dzień, który zmienił wszystko

Na przedwojennych fotografiach miasto wygląda spokojnie: port, dom regatowy, eleganckie nabrzeża. Swinemünde przed wojną jest jak starannie zaaranżowana scenografia do sztuki o mieszczańskim szczęściu. Tymczasem 12 marca 1945 roku kurtyna runęła jednym, przerażająco głośnym szarpnięciem.

Tego dnia w porcie gromadziła się flota uchodźców uciekających przed Armią Czerwoną ze wschodnich terenów Rzeszy. Statki, barki, kutry – wszystko, co jeszcze pływało, zabierało na pokład tysiące ludzi: kobiety, dzieci, starców, rannych. Ulice tonęły w tłumie wózków, tobołów, skrzyń i walizek. Miasto, które miało być wiecznym letniskiem, stało się nagle ostatnim przystankiem w drodze donikąd.

Kiedy nad Swinemünde pojawiły się alianckie samoloty, wielu mieszkańców i uchodźców wciąż trzymało w rękach bilety na rejs, który miał ich uratować. Bomby spadały na port, na nabrzeża pełne ludzi, na zatłoczone ulice. Wybuchy rozrywały nie tylko budynki, ale i całe biografie. Do dziś nie wiadomo, ilu dokładnie ludzi zginęło. Jedni historycy mówią o około pięciu tysiącach ofiar, inni o dwudziestu trzech tysiącach. Różnica między tymi liczbami jest równie przerażająca jak same liczby.

Stojąc dziś na nabrzeżu w Świnoujściu, trudno uwierzyć, że pod cienką warstwą współczesności leży miasto w gruzach. Tablice informacyjne wspominają nalot, ale milczą o zapachu dymu, o krzykach, o ciszy po wszystkim. A jednak, kiedy wiatr wieje od morza, mamy czasem wrażenie, że niesie ze sobą resztki tamtego marcowego dnia.

Pocztówka z Badestraße

Badestraße, dziś Bohaterów Września. Sama nazwa brzmi jak ironiczny dialog między dwiema epokami. Przedwojenne pocztówki pokazują schludne skrzyżowanie, witryny sklepów, ludzi w odświętnych ubraniach. Jeżeli dobrze się przyjrzeć, można niemal odczytać nazwy dawnych firm na szyldach.

Kiedy przechodzimy dziś przez to samo skrzyżowanie, widzimy, że wiele z tych kamienic wciąż stoi. Może mają inne dachy, może tynk pamięta już kilka remontów, ale proporcje okien, rytm balkonów i bieg ulicy to ten sam szkielet miasta, który przetrwał wojnę, naloty i powojenną odbudowę. Jakby architektura uparła się, że nie da się jej tak łatwo wymazać z pejzażu.

Zmieniły się tylko detale: miejsce, gdzie kiedyś wisiał szyld „Metzgerei”, zajmuje dziś „Sklep spożywczy”. Tam, gdzie przed wojną reklamowano „Kaffee und Kuchen”, teraz kuszą „domowe obiady”. A jednak, kiedy patrzymy na zaokrąglony narożnik kamienicy, czujemy, że patrzymy na kogoś, kto przeżył wszystkie ustroje i nadal spokojnie przygląda się ruchowi ulicznemu.

Nowe miasto na starych fundamentach – PRL i zimna wojna

Mapa Swinemünde z 1911 roku
Mapa Swinemünde z 1911 roku. Układ ulic prawie się od tamtej pory nie zmienił.

Na mapie z 1911 roku widzimy znajome linie: ulice, które nadal przecinamy w drodze po świeże bułki, place, przy których dziś stoją kioski z lodami i bankomaty. Historia ma poczucie humoru: zmienia język na tabliczkach, ale niewiele rusza w geometrii miasta.

Po 1945 roku na te dawne ulice weszli nowi mieszkańcy. Polscy osadnicy przyjeżdżali tu z Kresów, z centralnej Polski, z miasteczek, których nazw już nikt nie pamięta. Dla nich Świnoujście było obietnicą nowego początku: morze, port, widok na szeroki świat. Dla Niemców, którzy musieli odejść, było końcem historii, której nie mieli jeszcze ochoty zamykać.

Na powojennych niemieckich mapach Swinemünde znika, jakby ktoś wymazał je gumką. Zostaje biała plama, niewygodna pamięć, której lepiej nie dotykać. W polskich atlasach pojawia się Świnoujście, nowe miasto na starych fundamentach. Tyle że przez kolejne dziesięciolecia nie jest to miasto dla turystów, lecz przede wszystkim ważna baza Marynarki Wojennej PRL. Port staje się wojskową twierdzą, dostęp do niego mają nieliczni, a tablice głoszą, że fotografowanie obiektów strategicznych jest surowo wzbronione.

Świnoujście staje się punktem na mapie zimnej wojny. Gdzieś w lasach kryją się magazyny, schrony dowodzenia, stanowiska obrony przeciwlotniczej. Tam, gdzie dziś stoją hotele z basenami i strefą SPA, jeszcze kilkadziesiąt lat temu były koszary i ogrodzone tereny wojskowe. Wyspa, która kiedyś była letnim salonem Berlina, staje się na długie lata zakulisową sceną militarnego teatru.

Plan Swinemünde z 1933 roku
Plan Swinemünde z 1933 roku (Übersichtskarte der Stadt).

Patrzymy na plan miasta z 1933 roku i uśmiechamy się z niedowierzaniem: tramwaj, port, uzdrowisko – wszystko na swoim miejscu. Kiedy porównujemy tę mapę z nawigacją w telefonie, widzimy, jak bardzo współczesne Świnoujście jest miastem nałożonym na dawną siatkę ulic. PRL dobudował bloki, magazyny i jednostki wojskowe, ale nie przebudował fundamentu. Dlatego, idąc dziś po zakupy do osiedlowego sklepu, przechodzimy tak naprawdę po cienkiej granicy między dwoma światami.

Halt! Staatsgrenze!

Zdjęcia z tamtych lat zawsze uderzają nas prostotą okrucieństwa: morze, piasek, słońce i nagle tablica z napisem „Halt! Staatsgrenze!”, drut kolczasty przeciągnięty przez plażę jak rysa przez dziecięcy rysunek. Po wojnie wyspę Uznam przecięła granica: wschodni skrawek ze Świnoujściem przypadł Polsce, reszta – radzieckiej strefie okupacyjnej, a potem NRD. Tam, gdzie kiedyś spacerowano bez zastanowienia, nagle stanęła granica, której nie wolno było przekraczać ani nawet fotografować.

W czasach NRD i PRL granica na plaży była czymś więcej niż linią na mapie. Była manifestacją podziału świata. Formalnie po obu stronach leżał „bratni obóz socjalistyczny”, ale z inną historią, innymi traumami, inną narracją. Drut kolczasty na piasku wygląda zawsze absurdalnie, jakby ktoś postanowił zakazać falom przechodzenia na sąsiednią stronę.

Po 1990 roku zaczęło się powolne odczarowywanie tej linii. Najpierw zniknęła NRD, potem stopniowo ubywało tablic i patroli. Ostatni szlaban na przejściu Świnoujście–Ahlbeck podniesiono w nocy z 20 na 21 grudnia 2007 roku, gdy Polska weszła do strefy Schengen. Nazajutrz polscy i niemieccy uczniowie symbolicznie przecięli zasieki na plaży. Zostały wspomnienia i kilka starych fotografii, które dowodzą, że jeszcze nie tak dawno przejście plażą z Ahlbecku do Świnoujścia było marzeniem zbyt śmiałym jak na zwykły niedzielny spacer.

Dziś, kiedy idziemy brzegiem morza i zerkamy na miejsce, gdzie kiedyś stała tablica „Halt”, najbardziej zdumiewa nas to, jak szybko przyzwyczajamy się do wolności. Granica, która przez dekady dzieliła rodziny, przyjaciół i wakacyjne wspomnienia, rozpuściła się w słonej wodzie Bałtyku jak kreska na piasku.

Kamienice

Za każdym razem, gdy wracamy do Świnoujścia, spacerujemy ulicą Hołdu Pruskiego. To nasz prywatny punkt kontrolny w czasie. Przedwojenna kamienica, jakby zmęczona ilością historii, które musiała pomieścić pod swoim dachem, odnowiona z funduszy unijnych. Balkony, na których kiedyś suszyły się haftowane obrusy niemieckiej gospodyni, dziś goszczą klapki i ręczniki z pobliskiej plaży.

Wyobrażamy sobie, jak zmieniały się tabliczki przy drzwiach. Najpierw „Familie Schulz” albo „Herr Doktor Müller”, potem „Państwo Kowalscy”, „inżynier Nowak”, „kapitan w stanie spoczynku”, później „Wynajmę pokoje latem” wypisane nieśmiało flamastrem. Piękne kamienice przyjmują to wszystko z godnością starej damy, która już dawno przestała liczyć, ile razy zmieniała się moda.

Stojąc naprzeciwko tych kamienic, czujemy czułość do miasta, które przetrwało utratę własnej nazwy, państwowości i mieszkańców, a mimo to nie przestało być domem. Może o to właśnie chodzi w Świnoujściu: żeby nauczyć się, że na tych samych schodach można witać różne języki, a mieszkanie, które kiedyś było „Wohnung”, dziś jest po prostu „mieszkaniem”.

Trzeci język na tych samych schodach

Od kilku lat na wyspie słychać jeszcze jeden język. Po 2022 roku do Świnoujścia, Międzyzdrojów, a także do Ahlbecku, Heringsdorfu i Wolgastu przyjechały tysiące Ukraińców. Część uciekała przed wojną, część przyjechała wcześniej za pracą i została. Dziś to oni często witają nas w recepcjach hoteli, podają kawę na promenadzie, sprzątają apartamenty między jednym turnusem a drugim, pracują w porcie, w sklepach i w szpitalu. Ich dzieci siedzą w tych samych ławkach szkolnych co dzieci polskie i niemieckie i uczą się naraz dwóch albo trzech języków.

Kiedy o tym myślimy, historia wyspy zatacza koło. Po 1945 roku do Świnoujścia przyjechali ludzie, którzy stracili dom na wschodzie i musieli zbudować nowy w cudzym mieście, na cudzych fundamentach. Wielu z nich pochodziło z Kresów, z ziem, które dziś leżą na Ukrainie. Osiemdziesiąt lat później na te same ulice znów przyjeżdżają ludzie z walizkami, z niepewnością i z nadzieją. Kamienice przy Paderewskiego i Hołdu Pruskiego widziały to już raz. Wiedzą, że miasto potrafi stać się domem dla tych, którzy przybyli z daleka.

Nie zawsze jest łatwo. Język, dokumenty, praca poniżej kwalifikacji, tęsknota za tymi, którzy zostali. Ale z każdym sezonem widzimy więcej ukraińskich nazwisk nie tylko na identyfikatorach pracowników, lecz także na szyldach: własna kawiarnia, salon, firma remontowa, pensjonat. Ktoś, kto kilka lat temu przyjechał z jedną torbą, dziś zatrudnia innych. Tak właśnie rodzą się gospodarze.

Być może za kilkanaście lat mówienie o wyspie „polsko-niemieckiej” będzie już niepełne. Być może Ukraińcy staną się współgospodarzami wielu miejsc na Uznamie, po obu stronach granicy: będą prowadzić hotele i restauracje, zasiadać w radach miejskich, opowiadać turystom historię tej ziemi tak, jak dziś my próbujemy ją opowiedzieć. Wyspa, która przez stulecia uczyła się żyć z dwiema tożsamościami, ma szansę nauczyć się trzeciej.

Kiedy następnym razem ktoś przy recepcji odpowie nam „dzień dobry” z lekkim wschodnim akcentem, pomyślimy o starych tabliczkach przy drzwiach: „Familie Schulz”, „Państwo Kowalscy”… i o tych, które dopiero się pojawią. Na tych samych schodach zmieści się jeszcze jeden język.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz